Łaziłem ostatnio trochę po lasach i odwiedziłem miejsce koło Surmaczówki, gdzie 26 listopada 1945 roku doszło do całodniowego boju WP z UPA. Wydarzenie mało znane i słabo opisane. Spośród polskich historyków pisał o nim tylko Grzegorz Motyka. Tego dnia trzy grupy szturmowe utworzone z 7 i 9 pp (kilkuset żołnierzy) atakowały trzy bunkry ziemne, w których stacjonowała czota (pluton) dowodzona przez „Kałynowycza” (Hryhorij Mazur), licząca 28 żołnierzy. Wojsko po nieudanych natarciach rozpoczęło ostrzał z dział 76 mm. Okazał się nieskuteczny, pociski przelatywały wysoko nad ziemiankami. Użyto więc moździerzy 82 mm, również za ich pomocą nie zdołano zlikwidować punktów obrony. Po kolejnych kilku nieudanych szturmach oraz ze względu na zapadający zmrok, dowodzący grupami szturmowymi ppłk Stanisław Russijan podjął decyzję o zaprzestaniu walki i otoczeniu terenu. Po zapadnięciu ciemności „Kałynowycz” odbył naradę z dowódcami rojów (drużyn) i zdecydował, że opuszczą ziemianki i podejmą próbę przebicia się przez pierścień okrążenia. Co ciekawe udało im się tego dokonać bez jakichkolwiek strat i przejść do oddalonego o kilka kilometrów Miłkowa. Najbardziej zaskakujące jest to, że w trakcie trwającego dziesięć godzin oblężenia, czota miała tylko jednego zabitego i dwóch lub trzech lekko rannych. Straty wojska były większe, czterech żołnierzy zginęło, a jedenastu było rannych.
Do dnia dzisiejszego zachowały się trzy doły po ziemiankach oraz zarys łączących je rowów (jeden z dołów przedstawia zdjęcie). Dookoła jest masa łusek, głównie od erkaemów oraz fragmenty moździerzowych pocisków, którymi ostrzeliwano bunkry. W jednym z bunkrów znalazłem kiedyś menażkę. Zachowały się też fragmenty kuchni. W latach dziewięćdziesiątych widoczne były jeszcze ślady na drzewach po ostrzale z armat. Podczas ich wycinania i przygotowywania terenu pod sadzonki, leśnicy w odległości kilkudziesięciu metrów od bunkrów, trafili na metalową bańkę z dokumentami ukraińskiego podziemia.